Huskies mistrzami! Butler znów przegrywa finał

UConn po brzydkim meczu pokonało 53-41 Butler i zdobyło swój trzeci tytuł mistrzowski i wszystko to za kadencji Jima Calhouna. Jest on aktualnie jednym z pięciu trenerów, którzy mają na swoim koncie trzy zwycięstwa w NCAA. W tym doborowy towarzystwie oprócz trenera Huskies znajdują się także: John Wooden, Bob Knight, Adolph Rupp i Mike Krzyzewski. Maleńka uczelnia Butler, która miała za sobą rzesze fanów, po wspaniałym i emocjonującym Tournamencie zawiodła w decydującym momencie. Prawie wszyscy chcieli zwycięstwa tego „kopciuszka”. Zwycięstwa, które zakończyłoby tą wspaniałą historię. Ale Butler tym razem nie zasługiwało na zwycięstwo. Wcale nie zasługiwało. I pomimo, że wiele razy udało im się w takich słabych meczach wygrywać „psim swędem” to nie tym razem.

Samo spotkanie z pewnością rozczarowało i nie jest najlepszą wizytówką NCAA i tego naprawdę emocjonującego Tournamentu. Wystarczy wspomnieć, że Butler pobiło 70 letni rekord w najgorszej skuteczności rzutów z gry w meczu finałowym, który od 1941 roku należał do Washington State, trafiając fatalne 18,8% rzutów. Duża w tym zasługa świetnej obrony Huskies w pomalowanym. Butler spudłowało 21 rzutów z pod tablicy zanim na 6 minut przed końcem Andrew Smith trafił dobitkę. W całym meczu UConn zablokowało aż 10 rzutów (z czego 8 w pomalowanym) wyrównując rekord finałów. Podkoszowi Huskies dominowali nad frontcourtem Buldogów sprawiając, że naprawdę wyglądali oni w tym pojedynku na underdogów. Matt Howarad (5 pts, 6 reb, 1/13 fg)  i Andrew Smith (5 pts, 9 reb, 2/9 fg) pudłowali proste rzuty z pod tablicy i najwyraźniej to nie był ich dzień.

Olbrzymią robotę pod oboma koszami wykonał Alex Oriakhi notując double-double na poziomie 11 punktów i zbiórek oraz dokładając do tego 4 bloki. W wygraniu pojedynku na tablicach 51-40 pomagali mu również Kemba Walker (9 reb) i Jeremy Lamb (7 reb). Butler połowę swoich zbiórek w tym meczu miało na atakowanej tablicy, ale mimo tego mieli ogromne problemy z przełożeniem tego na zdobycze punktowe. 41 punktów zdobytych przez nich w tym spotkaniu to była najmniejsza zdobycz w finale od wprowadzenia zegara aż o 10 mniej od dotychczasowych 51 punktów zdobytych w 1992 przez Michigan w starciu z Duke. 12-na-64 z gry z czego 3-z-31 za 2. Dramat.

Nie wiem, co powiedział w przerwie trener Calhoun Jeremy’emu Lambowi, ale musiało to być niezłe przemówienie, bo ten poprowadził swój zespół do prowadzenia 41-28 zdobywając 11 ze swoich 12 punktów w pierwsze dziesięć minut drugiej połowy. Zanim do tego doszło to Butler schodziło na przerwę w lepszych nastrojach prowadząc 22-19 po trafieniu równo z syreną Shelvina Macka. Ta trójka i druga na 3 minuty przed końcem to były jedyne trafienia z gry lidera Buldogów w pierwszej połowie. Podobnie było w drugiej części gry. Mack trafił pierwszą trójkę na 2:03 do końca spotkania, gdy jego zespół przegrywał już 13 punktami, a kolejną dorzucił 23 sekundy później. To były jego wszystkie trafienia z gry w tym meczu: 13 punktów, 4/15 z gry, 4/11 za 3. Po fantastycznej skuteczności jaką miał w półfinale tym bardziej należy docenić świetną obronę UConn.

Butler w tym meczu nie miało prawie żadnych rzutów z czystych pozycji. Dominacja pod koszem pozwoliła UConn zacieśnić obronę na obwodzie, a Mack swoje jedyne celne trafienia oddawał z 7-8 metrów. „Oni są bardzo atletyczni. Potrafią kontestować rzuty, których ludzie normalnie nie byliby w stanie kontestować” – powiedział po meczu Mack. Obrona to słowo klucz w tym meczu, bo oba zespoły zagrały świetnie w tym elemencie. „Musisz zrozumieć, że defensywa utrzyma cię w grze dopóki ofensywa nie zacznie iść, to myślę, że stało się dziś” – podsumował Calhoun. Swoje po drugiej stronie zrobił też Ronald Nored ograniczając Kembę Walkera do 16 punktów oraz 5 trafień na 19 rzutów z gry mocno przyczyniając się do jego najsłabszego występu w Tournament. Walker nie miał tym razem magicznej nocy, w ogóle po za kilkoma akcjami był w tym meczu nieobecny i poza 9 zbiórkami nie dał praktycznie nic więcej swojej drużynie nie zaliczając nawet jednej asysty. Jednak mimo tego słabego występu w pełni zasłużył na otrzymaną nagrodę Most Outstanding Player tegorocznego turnieju prowadząc swój zespół do końcowego sukcesu.

Ciężko w tym meczu wskazać zawodnika, który był kluczem do zwycięstwa Connecticut. Świetną robotę wykonał Oriakhi, decydujący atak poprowadził Lamb, swoje punkty zdobył Walker. Bohaterem meczu był jednak moim zdaniem trener Jim Calhoun, który w przerwie natchnął swoich zawodników do ataku, który wyprowadził ich na szybkie prowadzenie pomimo trójki trafionej zaraz po przerwie przez Chase Stigalla (9 pts, 3/9 za 3). Był to mecz walki i świetnej gry w obronie. Mecz, który dla przeciętnego fana nie był wielkim widowiskiem, ale pokazał nam wszystkim jak ciężka praca po obu stronach parkietu, akcja po akcji, prowadzi do zwycięstwa. Przyszłe pokolenia z pewnością zapamiętają ten finał jako brzydki mecz. Ale koniec końców Huskies zdobyli tytuł i to jest w tym momencie najważniejsze. „Oni naprawdę byli braćmi, naprawdę sobie ufali i to było bardzo, bardzo specjalne. Ta grupa zabrała mnie w niesamowitą podróż, lepszą niż mogłem sobie wyobrazić” – powiedział Jim Calhoun i w podziękowaniu dał każdemu ze swoich zawodników „big hug”.

Connecticut head coach Jim Calhoun celebrates after his team beat Butler 53-41 at the men's NCAA Final Four college basketball championship game Monday, April 4, 2011, in Houston.

Jim Calhoun tuż po finale fot. David J. Phillip / Associated Press

Mam nadzieję, że Brad Stevens będzie kontynuował swoją dobrą pracę i zobaczymy jeszcze w trakcie kolejnych marcowych szaleństw jak to się robi w stylu „The Butler way”. Mimo wszystko dwa finały back-to-back to niesamowite osiągnięcie dla tak młodego szkoleniowca. Jeżeli chcecie szczęśliwego zakończenia historii „kopciuszka” obejrzyjcie „Hoosiers”, w tym finale go nie było. Były łzy w oczach i olbrzymie rozczarowanie. Dwa razy tak niewiele zabrakło. Nie było to szczęśliwe zakończenie dla Butler, było za to dla Connecticut i przyszłego członka Hall of Fame Jima Calhouna. Trener Huskies został najstarszym coachem, który poprowadził swój zespół do triumfu w NCAA. Szacunek.

Dla tych, którzy nie oglądali załączam recap ze spotkania.

7 komentarzy

  1. Kosi pisze:

    Jim Calhoun już jest w Hall of Fame. Dokładniej od 2005 roku.

  2. Alik pisze:

    Słusznie. Dzięki za przeczytanie i czujność. Zachęcam ponadto poza samym wyłapywaniem błędów do podjęcia dyskusji na temat wpisu. Pozdrawiam.

  3. Kosi pisze:

    Jak będzie o czym dyskutować to chętnie wyrażę swoją opinie :) W przypadku recapów ciężko o takową.

  4. woy9 pisze:

    Widze wielkosc speca od NCAA z innego podworka.wytknąć chochlika każdy może..sprawdz naszego eksperta?

  5. Kosi pisze:

    Ja nie jestem specem, a zwykłym fanem :)

  6. Kosi pisze:

    Moje. Co nie zmienia faktu, że specem nie jestem i za takiego się nie uważam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *