Ja też chcę do playoff!

Dominic McGuire fot. Steve Babineau/NBAE/Getty Images

Po szalonej nocy z trzynastoma spotkaniami czas na weekend i sześć spotkań. Ale NBA nigdy nie zwalnia i dzisiaj będziemy świadkami dalszej walki o miejsca w playoff. Tych miejsc jest coraz mniej, a liczba zespołów chętnych do ich zajęcia nie spada. Więc po dzisiejszej nocy jak i po wszystkich innych spędzonych z NBA możemy spodziewać się tylko rzeczy wielkich.

New Jersey Nets – Atlanta Hawks

Zespół Jastrzębi jest bliski czwartego z rzędu występu w playoff, a występ ten może zapewnić sobie już dzisiaj zwycięstwem z drużyną Nets. Atlanta, która jak do tej pory ma bilans 40-32, przegrała 8 z ostatnich jedenastu spotkań i w drugiej części sezonu zasadniczego prezentuje się raczej słabo. W bezpośrednim pojedynku między drużynami walczącymi o piąte miejsce na Zachodzie Jastrzębie przegrały ze świetnie ostatnio dysponowaną Filadelfią. Słabo spisuje się jeden z najbardziej rozpoznawalnych zawodników w drużynie Joe Johnson. Obrońca podpisał przed sezonem nowy kontrakt, zapewniający mu małą fortunę, ale w tym sezonie notuje najsłabszą średnią punktów od momentu przejścia do drużyny Hawks z Phoenix (18,7). W ekipie Nets zabraknie natomiast Derona Williamsa, który nie wyleczył jeszcze kontuzji. Jak do tej pory przyzwoicie zastępuje go Jordan Farmar, który notuje w niektórych spotkaniach więcej asyst niż były gwiazdor Utah. Drużyna z New Jersey gra jednak naprawdę niezłą koszykówkę, a to co pokazują pod koszami Brook Lopez i Kris Humphries, mogłoby zawstydzić nawet Shaqa. Bez Williamsa Nets będą mieli ciężko, ale liczę na to, że Farmar i Morrow pomogą swoim podkoszowym w osiągnięciu sukcesu.

New York Knicks – Charlotte Bobcats

Miało być tak pięknie… Miała być Wielka Trójka. Miała być walka o prymat na Wschodzie. Miała być wielka drużyna. Ale niestety nie do końca się udało. W Nowym Jorku jest przeciętnie, Wielka Trójka jakby trochę zmalała, jest walka ale o playoff, a drużyna jak drużyna – raz na wozie raz pod wozem. A nawet częściej pod nim, niż na… Niby Amare i Carmelo grają nieźle i notują wysokie zdobycze punktowe, ale drużyna nie funkcjonuje tak jak powinna. W nowym Jorku powoli zaczyna się mówić o klątwie czwartej kwarty, bo to właśnie tam najwięcej tracą. Drużyna z Big Apple przegrała pięć spotkań z rzędu i będzie próbowała wygrać w teoretycznie łatwym spotkaniu z Charlotte. Teoretycznie, bo w spotkaniu z Celtami Bobcats pokazali, że łatwo skóry nie sprzedadzą. Dobrze spisują się Henderson i Brown (o dziwo!) i dzięki temu drużyna wciąż może realnie myśleć o powtórzeniu sukcesu z ubiegłego roku i awansowaniu do playoff. Ale trzeba wygrywać, a z Knicks nie będzie łatwo…

Chicago Bulls – Milwaukee Bucks

Chyba najciekawiej zapowiadające się dzisiaj spotkanie. Nie tylko dlatego, że zobaczymy prawie pewniaka do tytułu MVP Derrick’a Rose’a, ale dlatego, że zobaczymy jedną z najlepszych obecnie koszykarskich drużyn świata. I wcale nie mówię tak przez wzgląd na dawne czasy, kiedy jako dziecko oglądałem z językiem na brodzie popisy Jordana. Mówię tak, bo kiedy widzę, że ktoś jest najlepszy to potrafię to docenić. Byki w ostatnim spotkaniu po raz kolejny pokazały, że na ich obronę nie ma mocnych. Czego Rose i Deng nie trafią pod koszem przeciwników to Boozer i Noah obronię pod swoim, a jeśli dołożymy do tego trójki Korvera to cała orkiestra jest już na miejscu. Bucks z drugiej strony to mój lider do tytuły ‘Największy Zawód Sezonu’. W zeszłym sezonie drużyna z Milwaukee grała szybką i ofensywną koszykówkę. W tym gra podobnie, ale… No i właśnie to ‘ale’ może sprawić, że znowu nie uda się wywalczyć playoffów. Po tym meczu chciałbym wiedzieć  tylko jedno. Czy w tym roku doczekam się wreszcie finału Bulls – Lakers. A jeśli tak, to świat może się kończyć szybciej niż w 2012 i nie będę miał nic przeciwko.

Pozostałe spotkania:

Indiana Pacers – Detroit Pistons

Dallas Mavericks – Utah Jazz

Toronto Raptors – Los Angeles Clippers

 

Wojciech Gackowski

Wojciech Gackowski (rocznik 89', 6-0ft) - na boisku często biegam jako zawodnik na pozycjach 1-4, ale tak naprawdę od zawsze byłem combo guardem. Nie lubię błyszczeć w ataku i wolę podać koledze jakiegoś no-look-passa niż punktować jak szalony. W obronie nieustępliwy i wygadany jak Iman Shumpert. Kiedy nie gram dla wyniku uwielbiam z kolegami urządzać sobie konkursy rzutów za trzy i bardzo często w nich wygrywam. Przygodę z NBA zacząłem od finałów roku 1996, kiedy Bulls zmierzyli się z Seattle Supersonics. Miłość do tych drugich pozostała we mnie do dzisiaj, tylko, że w miejsce Paytona i Kempa, kibicuję Westbrookowi i Durantuli. Od zawsze jestem też niepoprawnym fanem LALakers i Kobego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *