Mało nie znaczy gorzej

Paul Millsap fot.Layne Murdoch/NBAE/Getty Images

 

Dzisiejszego wieczoru czekają nas tylko dwa spotkania. W tym wypadku ilość na pewno nie przekłada się na jakość,  bo tym razem obejrzymy spotkania istotne dla układu sił w Konferencji Zachodniej. A jeśli komuś nie wystarczy emocji zawsze można wrócić do powtórek ze spotkań rozgrywanych w Los Angeles…

Minnesota Timberwolves – Dallas Mavericks

Spotkanie drużyny, która jest pozbawiona swojego lidera i najlepszego zbierającego Ligii z drużyną, która jest blisko utraty trzeciego miejsca w Konferencji Zachodniej. Kevin Love (20,3pkt,15,4zb) opuści pierwsze spotkanie tego sezonu co na pewno nie pomoże Minnesocie w przerwaniu serii czterech porażek. Po przeciwnej stronie barykady zobaczymy zespół kompletny (nie chodzi mi o uniwersalność, tylko o kadrę). Do pełni zdrowia wrócił Dirk Nowitzki, Jason Kidd nadal rozmontowuje obronę swoimi podaniami, a Jason Terry i Peja Stojakovic są zawsze groźni na dystansie. Jeśli dodamy do tego zestawienia Tysona Chandlera, który jest jednym z faworytów do nagrody dla Most Improved Player, to możemy być pewni, że Wes Johnson i Luke Ridnour będą mieli ręce pełne roboty.

New Orleans Hornets – Utah Jazz

Dwie ekipy, które w tym sezonie zawiodły mnie najbardziej. O ile jestem w stanie po części rozgrzeszyć Jazz (odejście Sloana i transfer Derona), o tyle dla postawy Hornets nie potrafię znaleźć wytłumaczenia. Hornets są co prawda w lepszej sytuacji, zajmując siódme miejsce na Zachodzie, ale za nimi są cztery zespoły (w tym Jazz), które ciągle walczą o playoff. W zespole z Utah cały ciężar gry spadł teraz na pozyskanego przed sezonem Al’a Jeffersona, który jednak obowiązkowo wywiązuje się z pokładanych w nim nadziei. Zespół z Nowego Orleanu przeżywa natomiast swoje własne problemy. Chris Paul ma kłopoty ze zdobywaniem punktów (4 w meczu z Bostonem), za to w ostatnim spotkaniu zaliczył 15 asyst. Coraz lepiej za to poczynają sobie David West i Marco Belinelli. Mimo, że moja sympatia w tym spotkaniu jest po stronie Jazzmanów, może się okazać, że brak Williamsa, to dla nich zbyt duży cios w tym sezonie…

 

 

Wojciech Gackowski

Wojciech Gackowski (rocznik 89', 6-0ft) - na boisku często biegam jako zawodnik na pozycjach 1-4, ale tak naprawdę od zawsze byłem combo guardem. Nie lubię błyszczeć w ataku i wolę podać koledze jakiegoś no-look-passa niż punktować jak szalony. W obronie nieustępliwy i wygadany jak Iman Shumpert. Kiedy nie gram dla wyniku uwielbiam z kolegami urządzać sobie konkursy rzutów za trzy i bardzo często w nich wygrywam. Przygodę z NBA zacząłem od finałów roku 1996, kiedy Bulls zmierzyli się z Seattle Supersonics. Miłość do tych drugich pozostała we mnie do dzisiaj, tylko, że w miejsce Paytona i Kempa, kibicuję Westbrookowi i Durantuli. Od zawsze jestem też niepoprawnym fanem LALakers i Kobego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *