Wschodzące Słońca #4

Autor: Hubert Błaszczyk

‚Hammer time’ nadal trwa. Marcin Gortat zaliczył świetne spotkanie przeciwko New Orleans Hornets i bardzo dobre z Milwaukee Bucks. W pozostałych meczach pokazał się z dobrej strony i nie schodził poniżej pewnego poziomu, choć sam zainteresowany twierdzi, że w Oklahoma City zagrał koszmarnie. Jego Phoenix Suns zanotowali ponownie dobrą serię i w ostatnich pięciu spotkaniach wygrali cztery mecze.

104:102 vs Hornets (dom)

Gortat, jak i cały zespół Phoenix przystąpił do tego spotkania podbudowany wygraną z Boston Celtics. Nasz środkowy od początku grał niezwykle pewnie, wykorzystując brak Emeki Okafora, który doznał kontuzji podczas spotkania. Schodzącego na ławkę Polaka, tuż przed końcem pojedynku żegnały gromkie brawa. Jednak jego koledzy końcówkę rozegrali fatalnie i roztrwonili przewagę. Zawodnicy z Oklahomy rzucali najpierw na dogrywkę – pudło spod kosza Thorntona, a później niecelnie z dystansu rzucił Chris Paul. Warto dodać, że Gortat rzucił w tym spotkaniu aż 25 punktów.

92:77 vs Bucks (dom)

Marcin bardzo liczył w tym meczu na konfrontację z Andrew Bogutem, który zniszczył go w jednym z wcześniejszych spotkań. Australijczyk doznał jednak kontuzji i w meczu z Phoenix nie brał udziału. Nieobecność najlepszego podkoszowego ekipy z Milwaukee Gortat wykorzystał wzorowo, notując kolejne double-double (19 punktów i 11 zbiórek). Wygrana Suns nie była zagrożona w żadnym momencie spotkania. Był to raczej mecz z gatunku tych, na których kibice mogą się wynudzić.

107:111 vs Thunder (dom)

Po łatwym pojedynku z Milwaukee przyszedł czas dla Gortata na kolejny sprawdzian. Gracze Oklahomy po ostatnich bardzo dobrych występach polskiego środkowego przygotowali na niego kilka pułapek w obronie, w które zawodnik Phoenix wpadał. Dobrze przeciwko niemu bronił Nick Collinson. Jeszcze na 210 sekund przed końcem Suns tracili do Kevina Duranta i spółki trzy ‚oczka. Strat nie udało się jednak zniwelować i podopieczni Alvina Gentry’ego musieli przełknąć gorycz porażki.

104:92 vs Warriors (wyjazd)

Mimo, że Warriors nie należą do potęg najlepszej ligi świata, to zawodnicy Golden State znaleźli sposób jak powstrzymać polskiego ‚Młota’. Gospodarze tego pojedynku zacieśniali strefę podkoszową, uniemożliwiając grę pick’n rolli Gortata ze Steve’m Nashem. Uczciwie trzeba przyznać, że był to średni mecz polskiego centra. Zdobył osiem punktów i miał dziewięć zbiórek, ale nie błyszczał, jak we wcześniejszych spotkaniach. Warto dodać, że po tym meczu kanadyjski rozgrywający powiększył grono zawodników, którzy rozdali sześć tysięcy asyst w barwach jednego klubu – takich zawodników w historii ligi było jedenastu.

112:88 vs Warriors (dom)

Po trzech dniach obu ekipom ponownie przyszło się zmierzyć, tym razem na parkiecie w Phoenix. Był to łatwy mecz dla gospodarzy, którzy odnotowali najwyższe zwycięstwo w tym sezonie. Ekipa z Golden State wyraźnie leży ekipie Alvina Gentry’ego, gdyż Suns pokonali w tym sezonie Warriors już trzykrotnie. Gortat nie znalazł recepty na rozmontowanie obrony przeciwnika i ponownie miał problemy z zacieśnioną strefą podkoszową. Nie przeszkodziło to mu jednak w solidnym występie. Polski środkowy ponownie był blisko double-double.

NAJBLIŻSZE 5 MECZÓW
11.02 vs Jazz
13.02 vs Kings
15.02 vs Jazz
17.02 vs Mavericks
23.02 vs Hawks

Suns trafili akurat na świetny moment do gry z Jazz, z którymi spotkają się w najbliższych czterech dniach aż dwa razy. Z funkcji trenera ekipy Utah zrezygnował, Jerry Sloan i jego następcy na pewno trochę czasu zajmie wdrożenie swojej wizji składu. W dodatku Jazzmani nie prezentują się w ostatnim czasie najlepiej. Nie mniej jednak spotkania przeciwko Mavericks i Hawks mogą być ciężkimi przeprawami. Phoenix czekają trudne mecze, dlatego optymistycznie przewiduję bilans 3-2.

Więcej znajdziecie na Strefie Sportu

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *