Dzień po dniu…Historia NBA od A do Ą

18.I

Urodziny obchodzą m.in.

Bob Hansen (50lat)
Larry Smith (53)

Ciekawostki:

  • 1972.”Mr.Clutch” Jerry West rzutem z 20 stóp dał zwycięstwo zachodowi podczas ASG 112-110 i został uznany MVP tamtego spotkania.
  • 1983.Dick Motta został piątym w historii trenerem który wygrał minimum 600 spotkań, podczas meczu jego Dallas z Golden State, wygranego przez gości 112-102.
  • 1998.Robert Parish były zawodnik Celtics, został uhonorowany przez Boston, którzy zawiesili jego #00 nad kopułą w hali Fleet Center. Uroczystość zorganizowano podczas meczu z Pacers, których trenował Larry Bird, były zawodnik Celtów.

Niestety Blake Griffin gra w NBA pierwszy sezon i nie bardzo mam jak o nim wspomnień w czasie dzisiejszej historii, choć bardzo bym chciał. Dlatego też będzie o byłym „Wojowniku” dzisiaj graczu Clippers Baronie Davisie, o Hillu i jego występie podczas meczu Pistons-Lakers, a także o spotkaniu Warriors vs Sixers z 1991 roku. Zapraszam na dzisiejszą dawkę historii.

Zacznę może od końca czyli od roku 1991. 20 lat temu odbył się świetny mecz pomiędzy Warriors a 76-ers. Oba zespoły awansowały do półfinału swoich konferencji, zgodnie przegrywając z finalistami z roku 1991, Bulls i Lakers. W ekipie z Pensylwanii nie wystąpił kontuzjowany Charles Barkley, w ekipie gości Sarunas Marciulionis. Pomimo braku tych zawodników, obie ekipy zafundowały kibicom w „The Spectrum” niezły spektakl. Zdecydowanie bardziej ofensywną drużyną byli Warriors, którzy zdobywali w meczu średnio ponad 10 punktów więcej od gospodarzy.

Niestety Sixers oddali pole „Wojownikom” tańcząc jak zagrali im Richmond i Hardaway. W meczu padła dogrywka, a w niej lepsi okazali się gracze ze Złotego Stanu, lepiej czujący się w grze up-tempo. Narzucili gospodarzą swoje warunki gry, a Hawkins, liderujący 76-ers pod nieobecność „Sir Charlesa” robił co mógł, niestety musiał uznać wyższość głównie Timowi. Hardaway rzucił 40 punktów a także zaliczył 14 asyst. Większość z nich do Mullina (29) i Richmonda (35 oczek). W dogrywce rządził już w pojedynkę Chris Mullin i właśnie dzięki niemu, ciężki teren z Philadelphii został zdobyty przez Warriors:

Kolejny mecz to spotkanie Pistons vs Lakers z roku 1997. Piszę o nim z dwóch powodów, a właściwie z trzech, a nawet czterech czy pięciu…Heh. Pierwszy to granica 16,000 punktów w karierze, którą ostatnio przekroczył Grant Hill. Drugi jest taki że Hill w tamtym spotkaniu błysnął, zdobywając 34 punkty,14 asyst i 15 zbiórek, jednym słowem triple-double. Trzeci powód to dwie dogrywki, które były ozdobą meczu, czwarty taki że z ławki w 32 minuty 21 punktów rzucił Kobe Bryant, a piąty taki że Grant Hill chyba zatrzymał czas, albo bawi się w Ibisza, bo dziś wygląda identycznie jak wow, 14 lat temu.

Czekajcie jest jeszcze jeden powód. Szósty powód jest taki że Grant Hill rzucił buzzer-beater za trzy o deskę doprowadzając do dogrywki, od 8:45 w tym zestawieniu:

Dobry mecz, dobra obsada i przede wszystkim kapitalny mecz Hilla, 19 39 letniego dziś koszykarza.

Na koniec mam dla Was wszystkie punkty Barona Davisa w meczu z Bulls, przy asyście Jordana ( jego pomnika przed United Center). W roku 2008 Warriors niestety nie potówrzyli wyczynu sprzed roku, i nie awansowali do PO, choć i tu uwaga wygrali aż 48 spotkań w trakcie rozgrywek 2007/08. Taki właśnie był Zachód w tamtym roku. Wild West po prostu. Pierwsi Lakers wygrali 57 spotkań, Denver którzy zajęli miejsce ósme 50. Wracając jednak do rzeczy.

W ekipie Bulls świetnie z ławki zagrali Nocioni i Gordon, rzucając łącznie 57 oczek. Gracze z Chicago prowadzili przed ostatnią kwartą, jednak ostatnia odsłona meczu należała do Barona Davisa, który dał Warriors zwycięstwo 119-111. Zdobył 40 punktów (13/23 z gry i 6/8 za trzy) i zaliczył swoje career-high. Tak właśnie ogrywał „Byki”:

3 komentarze

  1. darkcore pisze:

    dlatego wracam często myślami do NBA lat 90 – Grant Hill nabijał podobne staty jak teraz LeBron (min mniejsze) ale nikt na siłę nie robił z niego superbohatera od pierwszego sezonu. Fakt pojawiały się porównania „drugi Jordan” i inne bzdury ale nie było takiego wielkiego halo i wystawiania na piedestały. Oczywiście to nie wina LeBrona, żeby nie było zaraz nagonki. Wkur**a mnie po prostu to co robi Stern (chociaż dawniej też potrafił forsować różne idiotyzmy). Wracając do meritum – mam wrażenie, że kiedyś za zawodnikiem bardziej przemawiała jego gra tzn. najpierw pokaż na boisku że jesteś kimś a później będziesz gwiazdą – a teraz jesteś gwiazdą więc pokaż to na boisku. P.S. a ten tekst i filmik o GS to tak żeby mnie jeszcze bardziej nakręcić czy co chłopaki? ;) pozdrawiam

  2. woy9 pisze:

    mullin to my guy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *