Atlanta pewnie wygrywa, Indiana zdobywa Staples Center, OKC przegrywa z Houston

Atlanta Hawks (11-7)
27 25 25 19 96
Toronto Raptors (6-11)
23 23 11 21 78

 

Pewne i wysokie zwycięstwo Hawks w Air Canada Centre. Toronto Raptors nie byli tego dnie równorzędnymi przeciwnikami dla „Jastrzębi”. Różnicę szczególnie było widać w III kwarcie. Gospodarze wtedy zdobyli zaledwie 11 punktów.

Na początku trzeba wspomnieć o nieobecnościach w Toronto. Z powodu urazu lewego kolana na parkiecie nie pojawił się Peja Stojakovic, czyli nowa twarz w Raptors. Drugi nieobecny to jednak większy problem tej ekipy. Reggie Evans doznał złamania kości stopy i jego absencja potrwa jeszcze bardzo długo. Z czym kojarzy się Evans? Pierwsze skojarzenie z tym nazwiskiem to zbiórki. Ten zawodnik w tym elemencie jest czołową postacią w całej lidze. Oprócz tego ogólnie znany jest z brudnej roboty pod koszem. Jego strata to duży cios dla Toronto.

Pod nieobecność Evansa większą uwagę do walki na tablicach musiał przywiązać Andrea Bargnani. Włoch zebrał 7 piłek i zdobył 14 punktów. W obydwu elementach był najlepszym zawodnikiem w swojej drużynie. Dzielnie pomagał mu w tym wszystkim DeMar DeRozan (13 pkt i 6 zb). W Toronto wszyscy zawodnicy, którzy pojawili się na parkiecie zapunktowali, ale żaden z pozostałych nie osiągnął dwucyfrowego wyniku. Niektórzy mieli spore problemy ze skutecznością. Np. Jose Calderon (3 pkt, 5 as, 5 zb) 1/7 z gry, a Jerryd Bayless (8 pkt, 5 zb) 1/5 z gry. Z obwodu nie zachwycił cały zespół. Toronto miało 1/12 za trzy. Dla porównania Hawks mieli w tym elemencie 8/18.

Po stronie Hawks gwiazdą wieczoru był bez wątpienia Josh Smith. „J-Smoove” ugrał triple-double na poziomie 12 punktów, 13 zbiórek i 10 asyst. To jego trzecie triple-double w karierze. Przez ostatnie 25 lat w ekipie „Jastrzębi” tylko dwóch innych zawodników osiągnęło ten wyczyn więcej razy. Mookie Blaylock miał 6 triple-double, a Doc Rivers 4. Następny w kolejce jest właśnie Smith. Ciekawe czy zdoła jeszcze dogonić kogoś z tej dwójki?

Oprócz Smitha jeszcze kilku zawodników zagrało naprawdę bardzo dobre zawody. Marvin Williams zaliczył double-double (17 pkt i 12 zb), Al Horford miał 16 punktów i 8 zbiórek, a Joe Johnson też dorzucił 16 punktów.

Oklahoma City Thunder (11-6)
25 17 29 27 98
Houston Rockets (5-11)
33 17 27 22 79

 

Mianem niespodzianki trzeba raczej określić zwycięstwo Houston Rockets nad Thunder. „Rakiety” przecież cały czas są osłabione i ostatnio nie latały zbyt wysoko.

Spotkanie było bardzo wyrównane i jego losy toczyły się do ostatnich sekund. Na 29 sekund przed końcem Russell Westbrook wjechał pod kosz, został zablokowany przez Jordana Hilla (12 pkt i 7 zb), ale sędziowie uznali, że piłka już opadała i punkty zaliczyli. W tym momencie Thunder przegrywali jednym. Co gorsza dla Houston, Hill przy tym wyskoku doznał jakiegoś urazu i dołączył do grona kontuzjowanych. W kolejnej akcji nie trafił Kyle Lowry. Piłkę zebrał Thebo Sefolosha i „Grzmoty” poprosiły o czas. Na 3 sekundy przed końcem wszystko było w rękach Thunder, a konkretnie Duranta. Gwiazdor OKC spudłował jednak rzut z półdystansu i zwycięstwo Houston stało się faktem.

Słabszy mecz niż zazwyczaj zagrał Kevin Durant. Zdobył 18 punktów i tym samym przerwał swoją serię dziewięciu spotkań (to byłoby dziesiąte) z minimum 20 „oczkami” na koncie. W takim przypadku pierwszoplanową postacią w Thunder był Russell Westbrook. Ten przebojowy rozgrywający zdobył 23 punkty i rozdał 10 asyst. Po jednym z jego wsadów musiałem zbierać własną szczękę z podłogi. Westbrook utrzymuje bardzo wysoką formę. Poza tym na wyróżnienia zasługują Serge Ibaka (16 pkt i 8 zb) oraz Jeff Green (15 pkt i 7 zb).

W Houston tradycyjnie kosz rywali dziurawił Kevin Martin (23 pkt). Mnie jednak zaskoczył Shane Battier. Zdobył 18 punktów, zanotował 4/6 za trzy i miał 6 zbiórek. Ostatni raz mecz na podobnym poziomie zagrał w lutym. Tak dobry występ Battiera zaskoczył chyba też zawodników Thunder. Obok tej dwójki dobrze zaprezentowali się też Luis Scola (13 pkt i 6 zb) oraz Kyle Lowry (14 pkt, 8 as i 6 zb).

Indiana Pacers (8-7)
23 28 26 18 95
Los Angeles Lakers (13-4)
26 19 24 23 92

 

Indiana Pacers to taki nieobliczalny zespół. Okazuje się, że mogą przegrać z każdym, ale z każdym też mogą wygrać. Niedawno rozprawili się przecież z Miami Heat, a teraz ich ofiarami zostali Los Angeles Lakers.

„Jeziorowcom” nie pomogła bardzo dobra forma Kobe’go Bryanta. „Black Mamba” rzucił aż 41 punktów. Czy jednak Kobe był tego dnia doskonały? Nie! Mógł po raz kolejny (który dokładnie raz? najwięksi matematycy stracili rachubę) zostać bohaterem LAL. Przy wyniku 95:92 dla Pacers rzucał na remis i nie trafił. Pozycję miał niemal czystą, ale nie trafił. Piłkę zebrał jeszcze Ron Artest (3 pkt i 5 zb), ale zamiast rozegrać jeszcze coś na spokojnie cała drużyna zaczęła na siłę i nerwowo rozglądać się za Bryantem. Kobe dostał w końcu piłkę, ale pozycje była beznadziejna i skończyło się nie dolotem.

Lamar Odom zagrał dobry mecz. Zdobył 15 punktów i miał 11 zbiórek. Dobrze wypadł również Pau Gasol – 13 punktów i 12 zbiórek. U Hiszpana można dostrzec jednak pewne zmęczenie. Kontuzjowani cały czas są Andrew Bynum i Theo Ratliff, więc Gasol musi spędzać sporo minut na parkiecie w każdym meczu. W samej końcówce zgubił nawet w obronie Hibberta, który zdobył bardzo ważne punkty, i bardzo prawdopodobne, że tak się właśnie stało w dużej mierze przez zmęczenie.

Wspomniany już Roy Hibbert zagrał bardzo dobry mecz na poziomie 24 punktów i 12 zbiórek. To właśnie on poprowadził swój zespól do zdobycie Staples Center. Jego dzielnymi pomagierami byli Danny Granger (18 pkt) i Darren Collison (14 pkt). Cegiełkę też dołożył Brandon Rush (13 pkt).

Dla Lakers to czwarta porażka w obecnym sezonie. Co ciekawe, porażki zaglądają do nich parami. Po dobrym starcie 8-0 przegrali najpierw z Denver Nuggets, a już w kolejnym meczu znowu ulegli Phoenix Suns. Następnie znowu przyszła kolej na pięć zwycięstw, ale niedawno przegrali z Utah Jazz, a teraz to samo im się przytrafiło z Pacers. Według tej zasady teraz powinniśmy się przygotować na serię zwycięstw „Jeziorowców”…

4 komentarze

  1. Mariusz pisze:

    Od początku miało być tutaj:
    „O moim braku sympatii do Kobe’go już kilka razy pisałem, ale tak obiektywnie, jak on zaczyna przesadzać ze swoimi popisami, to LA po prostu przegrywa. Tak było z Indianą z tego co piszecie, no i tak było z Utah, co już sam oglądałem. Niby rozbujał się w ostatniej kwarcie, rzucił bodaj trzy „trójki” z rzędu, ale w końcówce zawiódł, m.in. zaliczył stratę w kluczowym momencie”. ;)

  2. roni pisze:

    ” Jerryd Bayless 98 pkt”
    Jeszcze trójka i Chamberlain by poszedł do lamusa : O
    Tak się tylko czepiam, blog jest fantastyczny ;-)

  3. woy9 pisze:

    love jak machnął 31reb.to też myśleli,że błąd!;)

  4. Mac pisze:

    Gdyby Bayless machnął 98 pkt to zapewne poświęciłbym mu więcej miejsca ;p. W sumie na skuteczności 1/5 z gry to musiałby nieźle z wolnych narzucać ;p.

    roni wielkie dzięki za zwrócenie uwagi na literówkę :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *